Z niebywałym uporem, krok po kroku przedzierał się przez tajemnice gitary. Samodzielnie odkrywał jej brzmienie. Mozolnie układał palce na gryfie, starając się zapamiętać poznane bądź odkryte przez siebie akordy.

- Tato, który był wówczas kierownikiem składnicy drewna w Szczytnie, zaproponował Krzysztofowi i moim kuzynom, że mogą w czasie wakacji zarobić trochę pieniędzy na własne przyjemności. Wiedział doskonale, na co wyda je Krzysztof - wspomina siostra, Hanna Klenczon-Barańska

- Urodził się w czasie okupacji w Pułtusku - mówi matka Krzysztofa, Helena Klenczon - Mieszkaliśmy tam nieco ponad rok. Gdy nadeszli Sowieci, uciekliśmy na wieś. A gdy front zatrzymał się blisko nas, uciekliśmy znowu, tym razem do Ostrołęki. Tam mąż zaczął pracować na kolei. Czynił starania, by przenieść się do Szczytna. I tak wkrótce się stało. Późną wiosną 1945 r. zjechaliśmy nad mazurskie jeziora.

- Przyjechaliśmy tu większą rodziną, strony wydawały się spokojne - wspomina Jerzy Klenczon, stryjeczny brat Krzysztofa - Najpierw zamieszkaliśmy w ładnych domkach przy dzisiejszej ulicy Baczewskiego. Prędko nas jednak przepędziło UB, bo domy były rzeczywiście ładne.

Strona powstała
w oparciu o książkę
KRZYSZTOF KLENCZON
Wydawnictwo LESTER
edycja 1996

WYKORZYSTANO


WSPOMNIENIE
fragmenty tekstu
Ryszarda Wolańskiego

FOTOGRAFIE
ze zbiorów prywatnych
Alicji Klenczon,
Janusza Kondratowicza,
Adama Jarzębskiego,
Krzysztofa Arsenowicza,
Sławomira Kity,
Ryszarda Wolańskiego

oraz
M. Karewicza,  A. Wołoszczuk
P. Gawełkiewicza.

Krzysztof Klenczon urodził się. 14 stycznia 1942 r. w Pułtusku. Dorastał w Szczytnie, gdzie pobierał naukę. Dość późno trafiła doń muzyka. Bardziej interesował go sport.

- Poznałem go jeszcze, gdy uczęszczał do szkoły podstawowej, poprzez Międzyszkolny Ośrodek Sportów Wodnych - wspomina Wilhelm Szwerecki, licealny nauczyciel Krzysztofa - uczył się tam sztuki żeglarskiej. Od samego początku zauważyłem, że umiejętnie łączył żeglarstwo z muzyką, to znaczy na wszystkich biwakach i spływach, w których uczestniczył. Zawsze był z gitarą. Podczas wieczornych ognisk zwykle śpiewał szanty, w wolnych chwilach komponował własne piosenki. Ale sport był wtedy zdecydowanie na pierwszym miejscu w jego życiu. Gdy chodził do liceum, mieliśmy mistrzostwa województwa w piłce ręcznej chłopców. W drużynie był niezastąpiony, ruchliwy i bardzo sprawny. Ściany liceum, do którego uczęszczał, mimo że minęło tyle lat, udekorowane są nadal licznymi dyplomami, na których widnieje jego nazwisko. Dzisiejsza młodzież pytała mnie wielokrotnie, by upewnić się, czy to ten Krzysztof Klenczon z Czerwonych Gitar.

Po maturze Krzysztof postanowił zostać inżynierem. W 1960 r., po zdanym egzaminie wstępnym, został przyjęty na Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Gdańskiej. Uroki wielkiego miasta nie sprzyjały jednak pilnej nauce. Inżynierskie studia zakończył po pierwszym semestrze. Do Gdańska przyjechał rok później raz jeszcze szukać szczęścia został słuchaczem Studium Nauczycielskiego w Oliwie. Wybrał specjalność nauczyciela wychowania fizycznego.

- Nie pamiętam dokładnie, ale było to chyba w pierwszym tygodniu września - wspomina siostra - Krzysztof otrzymał telegram. Była to wiadomość od Franciszka Walickiego, szefa Niebiesko-Czarnych, że potrzebują gitarzysty. Decyzję podjął szybko. Rodziców nie było wtedy w domu. Spakował się błyskawicznie. Poprosił, bym im przekazała, że wyjeżdża i postanawia na zawsze porzucić pracę nauczyciela.

Po dyplomie Krzysztof wrócił do rodzinnego Szczytna i podjął pracę w miejscowej szkole podstawowej, z tęsknotą wspominając muzyczną przygodę z Karolem Warginem, kolegą ze studium i kompanem wspólnego muzykowania. To on zwrócił uwagę na apel Czerwono-Czarnych, którzy na afiszach rozlepionych na słupach ogłoszeniowych całego kraju, obwieszczali, że poszukują młodych talentów. Od początku 1961 r. trwał nieustający konkurs na gwiazdy estrady. W kilkunastu miastach przesłuchano ponad 3 000 amatorskich wokalistów i instrumentalistów. Za namową Karola Wargina 29 czerwca 1962 r., po serii kolejnych eliminacji w Gdańsku i Sopocie, dwaj dyplomowani nauczyciele zameldowali się w Szczecinie. Akompaniując sobie na gitarach, zaśpiewali przygotowany wcześniej repertuar. Najbardziej podobały się jurorom Pluszowe niedźwiadki. I tak dzięki "małemu misiowi" z piosenki Kaliny Prawdzic-Szczawińskiej obaj nauczyciele gimnastyki znaleźli się w gronie laureatów - uznani za najlepszy duet. Jednak prawdziwy przełom w jego życiu nastąpił, kiedy został członkiem zespołu Niebiesko-Czarni. Od tego momentu jego życiem stała się muzyka.

- Na scenie - wspomina Janusz Popławski, w tamtym okresie perkusista Niebiesko-Czarnych - wnosił do zespołu żywiołowość, dużo radości i humoru, a nawet odrobinę szaleństwa. Zadebiutował też jako kompozytor. Podobały się nam jego utwory Bo to był zły dzień, Gdy odlatują bociany.

Krzysztof Klenczon przyjechał do Gdańska dzień po otrzymaniu telegramu. Z początku było mu trudno.

- Na próbach był bardzo stremowany, a na pierwszych koncertach wstydliwie uciekał w najciemniejsze miejsca na estradzie lub chował się za kolumny głośnikowe - wspomina Bernard Dornowski.

Wszystko wówczas było w jego artystycznym życiu "pierwsze". Pierwsze nagrania radiowe i płytowe, pierwsze koncerty w sopockim Non Stopie, pierwsze koncerty za granicą, u najbliższych sąsiadów i za żelazną kurtyną, w Belgii, Szwecji oraz we Francji, w sławnej paryskiej Olimpii, pierwsza zagraniczna płyta, tzw. czwórka nagrana dla francuskiej wytwórni Decca. Mimo sukcesów, od których niejednemu młodemu artyście mogło przewrócić się w głowie, po wspólnym występie na KFPP w Opolu w 1964 roku, gdzie Niebiesko-Czarni zdobyli wyróżnienie zespołowe, Krzysztof Klenczon pożegnał się z zespołem.

W lipcu 1964 r. pojawił się w gdańskich Pięcioliniach, w których grał niespełna pół roku. Noc sylwestrową, kończącą rok 1964, spędził Klenczon w gronie współzałożycieli Czerwonych Gitar. Tak zaczął się najbardziej znaczący okres w życiu Krzysztofa. Pięć lat spędzonych w Czerwonych Gitarach było nie kończącym się pasmem sukcesów. Koncerty, festiwale, nagrania radiowe i płytowe, recitale zagraniczne i popularność. Wywiady, nagrody, złote płyty, rzesze wielbicieliw każdym wieku, uznanie publiczności i szacunek znawców. Był to także okres indywidualnych sukcesów Krzysztofa, przede wszystkim jako kompozytora. Okres największej popularności zespołu to druga połowa lat 60-tych. Wylansował wówczas wiele przebojów, zdobył I nagrodę za piosenkę Takie ładne oczy i wyróżnienie za Gondolierów znad Wisły na KFPP Opole '68, nagrodę Polsko-Amerykańskiej Agencji Artystycznej za wybitne osiągnięcia muzyczne, Trofeum na MIDEM w Cannes w 1969 r., nagrodę specjalną magazynu "Billboard" dla najlepszego zespołu z Polski, nagrodę MKiS dla K. Klenczona - za piosenkę Biały krzyż na KFPP Opole '69. Złotą Kotwicę na Festiwalu Zespołów Młodzieżowych Sopockie Lato '69, tytuł najpopularniejszego zespołu roku 1969.

- Gdy pracowaliśmy nad naszymi pierwszymi piosenkami - wspomina Janusz Kondratowicz - Krzysztof był liderem Czerwonych Gitar i przynajmniej od strony artystycznej czuł się odpowiedzialny za kolegów, repertuar grupy,terminy nagrań. Bywał u mnie w Warszawie, ja odwiedzałem go w Gdańsku-Oliwie. Były to wieczory pełne muzyki. Grał na gitarze i śpiewał swoje nowe piosenki z próbnymi, pisanymi przez siebie po... angielsku tekstami. Po tych spotkaniach wiele naszych wspólnych piosenek trafiło na płyty, stały się radiowymi i telewizyjnymi przebojami. Pracowaliśmy także podczas tras koncertowych. Przemierzyłem kilkakrotnie Polskę z Czerwonymi Gitarami, a później i Trzema Koronami. Po południu i wieczorami odbywały się koncerty, rano trwały próby.

W styczniu 1970 r. Krzysztof Klenczon podjął najbardziej znaczącą dla jego dalszej muzycznej kariery decyzję o opuszczeniu Czerwonych Gitar. W dwa miesiąca później, w marcu 1970r., ogłosił publicznie powstanie Trzech Koron. Brzmienie zespołu utrwalone zostało na SP Trzy Korony, wydanym przez Muzę, i na LP K. Klenczon & Trzy Korony, wydanym przez Pronit. Zrealizował teledyski do piosenek Retrospekcja i Kronika podróży, czyli ciuchcią w nieznane. Estradowy żywot Trzech Koron trwał jednak niewiele ponad półtora roku. Ich piosenki, skomponowane przez Klenczona podobały się publiczności, ukazały się na płycie długogrającej i ulokowały wysoko na krajowych listach przebojów.

- Przez przypadek znalazłam się na otwarciu Non Stopu - wspomina żona Alicja Klenczon - Tańczyłam tam z jakimś kolegą. Może to wydawało się dziwne, ale zawsze odwracał mnie w tańcu do estrady, w kierunku jednego z muzyków. Za którymś razem zwróciłam wreszcie na niego uwagę, na przystojnego czarnego, trochę zawadiacko wyglądającego chłopaka. No i... tak się zaczęło. Ślub odbył się 25 grudnia 1967 r. w katedrze oliwskiej".

W 1969 r. urodziła się Karolina, pierwsza córka Krzysztofa. Przyszła na świat w Chicago, podczas pobytu Alicji Klenczon u rodziców. Cztery lata później rodzina Klenczonów powiększyła się ponownie. Drugiej córce - Jackie-Natalie - dedykował romantyczną balladę Natalie - piękniejszy świat.

- Był dobrym mężem i ojcem, umiał zawsze pogodzić swoje pasje z obowiązkami wobec rodziny i domu. Potrafił naprawić samochód, wytapetować mieszkanie czy pomalować schody, a wieczorem dać koncert - dodaje żona Alicja. - Pamiętam, jak pracował, komponował. Grał na gitarze i notował coś na papierze. Gdy byłyśmy małe, ja i moja siostra Jackie - wspomina córka Karolina - ojciec często nam śpiewał. Jestem szczęśliwa, wiedząc, że mój tata był i jest bardzo popularny w Polsce. Lubię muzykę ojca. Nie znam słów, ale znam melodie. Bardzo mi się podobają. W moim trucku, bo jestem kierowcą ciężarowego samochodu, nie mam jeszcze odtwarzacza kompaktowego, ale płyty Czerwonych Gitar wożę ze sobą. Słucham jego piosenek, gdy jestem w domu. I właśnie wtedy czasami marzę, by czas się cofnął. Żebym mogła go jeszcze zobaczyć i usłyszeć.

- Moja dorosła już córka - mówiła w jednym z wywiadów siostra Krzysztofa - właściwie nie znała wujka. Miała pięć lat gdy wyjechał. Dzisiaj z upodobaniem słucha jego nagrań: Wolny wieczór (bardzo to lubi), Powiedz stary, gdzieś ty był (tę harmonijkę, na której tam gra, kupił podczas tournee w ZSRR, potem mu ją ukradli), Biały krzyż (napisał to dla ojca). Może młodym brakuje dzisiaj takiej romantycznej nuty? Niuniek na pewno by się cieszył, gdyby wiedział, że jego piosenki ciągle się śpiewa. Niuniek? Właśnie, tak się na niego mówiło.

- Poznałem go w Polsce, zaprzyjaźniłem się w Chicago - wspomina Janusz Letko, aktor kabaretowy i autor audycji Na luzie w polonijnej rozgłośni radiowej - byłem częstym gościem w jego pięknym domu przy ulicy Czterech Wiatrów. Dyskutowaliśmy przy barbecue i piwie, potem przynosił gitarę i śpiewał piosenki, których nikt nie znał, przepełnione tęsknotą i miłością do kraju, do rodzinnych Mazur. Kochał je i ciągle to podkreślał

W maju 1972 r. Krzysztof Klenczon wyjechał do Chicago - wyjechał z paszportem w jedną stronę, pozostawiając w Polsce popularność i uznanie, sławę i powodzenie, to czego Ameryka nie dała mu nigdy i czego mu zawsze brakowało. Decyzję o pożegnaniu polskiej sceny muzycznej przyśpieszyły kłopoty rodzinne, nieustanne rozłąki z żoną i córką, które coraz częściej przebywały u dziadków w Chicago.

Kiedy przyszła na świat druga córka, Jackie - w 1973r. - pracował w firmach teścia jako taksówkarz i introligator. W jednym ze swoich listów napisał:

"Zacząłem tu grać już miesiąc po przyjeździe. Po występie w telewizyjnym Bob Lewandowski Show otrzymałem parę telefonów z propozycjami i wybrałem jeden z polskich klubów. Gram i śpiewam do tańca. Takie tam panują obyczaje, inne rządzą tam prawa, inne są formy działalności estradowej. Decydując się na występy w Ameryce, nie liczyłem na olśniewające sukcesy czy popularność. Jestem realistą. Wcześnie zdołałem trochę poznać tę gigantyczną maszynę pod nazwą show-business, właśnie tam, w jaskini lwa i to pozwoliło mi wyzbyć się złudzeń. Ale została wewnętrzna potrzeba komponowania i muzykowania, bycia na estradzie jest silniejsza od świadomości, że podobnych mi wokalistów i gitarzystów jest w tym kraju tysiące".

W chicagowskich klubach śpiewał przez pewien czas solo, wtórując sobie na gitarze. W końcu udało mu się założyć zespół, nie udało się jednak stworzyć brzmienia na miarę marzeń. W 1977 r. zdecydował się z nową formacją na nagranie longplaya w wytwórni płytowej Clay Pigeon International. Wspomagany przez Vyto Beleskę, współproducenta, gitarzystę, wokalistę i autora tekstów, przygotował cały muzyczny repertuar płyty. W nagraniach pomogli mu także polscy muzycy zamieszkali w USA, m. in. Włodzimierz Wander, Marek Myszko, Jerzy Jabłoński, Krzysztof Słotkowicz. Radość była jednak krótka.

- Na rozreklamowanie i rozpowszechnianie płyty, zalegającej od miesięcy półki sklepowych zapleczy wciąż mnie nie stać - żalił się w jednym z wywiadów - Samo nagranie longplaya pochłonęło prawie wszystkie moje oszczędności, a i niemało dolarów teścia. Niewiarygodnie to droga przyjemność.

Potęgujący się żal, po tym co pozostawił w Polsce, sprawił, że szukał ukojenia w komponowaniu. Właśnie w Chicago powstały m. in. Latawce z moich stron, Muzyka z tamtej strony dnia, Dom, Wiśniowy sad.

Po sześciu latach Krzysztof Klenczon przyjechał do Polski. 3 lipca 1978 r. witały go tłumy na lotnisku w Warszawie. Oklaskiwano go wszędzie, gdzie się pojawił, w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w stolicy, w sopockiej Operze Leśnej, w amfi-teatrach w Zielonej Górze i Kołobrzegu. Po warszawskim koncercie recenzent miesięcznika "Jazz" napisał:

"Stanowił on fragment krajowego tournee tego wykonawcy, od blisko 6 lat mieszkającego w USA. Przedstawiony program był doskonałym potwierdzeniem poglądu, że jako kompozytor, gitarzysta i wokalista Klenczon wspiął się na wyżyny swoich możliwości w czasie współpracy z Czerwonymi Gitarami. Był to show może nie najwyższej próby i na pewno w nie najlepszym guście (ten presleyowski, lśniący strój...), ale znalazło się w nim miejsce na przyzwoicie podane rock'n'rollowe standardy w rodzaju Blue Suede Shoes..."

Krótki pobyt Krzysztofa w Polsce zakończony został nagraniami do nowej płyty, której wydanie - z inicjatywy przyjaciół Janusza Kondratowicza i Marka Gaszyńskiego - zaproponowały mu Polskie Nagrania. Jej tytułem stał się przebój Klenczona sprzed lat Powiedz stary, gdzieś ty był, tytuł - pytanie, stawiane wielokrotnie podczas koncertowych tras po Polsce.

Płyta była gotowa na drugi jego przyjazd do kraju, jesienią 1979 r. Jej promocja odbywała się podczas trasy koncertowej po kraju. Jak podaje magazyn "Fonorama", rozpoczęła się ona 21 października w Bydgoszczy, zakończyła recitalem w Warszawie. Recenzent "Jazzu" napisał:

"Wieczorem 31 października Sala Kongresowa PKiN w Warszawie była wypełniona co najwyżej w połowie i mieli rację ci, którzy nie wybrali się na ten koncert. W pierwszej części wystąpiła Węgierka Magda Bodi (...), wokalistka o niewielkim wzroście, dysponująca całkiem dużym, do tego nieźle ustawionym głosem. Towarzyszył jej zespół prezentujący muzykę w koszmarnych aranżacjach, odegraną z estetyką godną prowincjonalnej restauracji. Następnie wkroczył na estradę Krzysztof Klenczon. Towarzyszył mu zespół Ryszarda Kruzy. Sytuacja odwróciła się. Teraz występowała dobra grupa instrumentalna z fatalnym solistą. Miał on kłopoty z emisją i intonacją. (...) Ubiegłoroczny, pierwszy powrót Klenczona na polską estradę był ciekawostką. Drugi - to klęska".

Do Chicago wrócił zrezygnowany i zgorzkniały.

- Ostatnią rzecz, którą pamiętam - mówi żona Krzysztofa Klenczona - były światła z lewej strony naszego auta. Ocknęłam się w szpitalu i wkrótce wróciłam do domu. Odwiedzałam nieprzytomnego Krzysztofa codziennie. Któregoś dnia powiedziałam lekarzom, że Krzysztof jest muzykiem. Ordynator szpitala św. Józefa zaproponował mi wówczas, abym przyniosła magnetofon z jego nagraniami. I tak zrobiłam. Jego muzyka rozbrzmiewała w jego pokoju dniem i nocą. I chyba pomogła mu, bo się obudził. Niestety na krótko. Tylko na 12 dni.

Gdy fala solidarnościowej emigracji dotarła do Chicago, Krzysztof włączył się w działalność charytatywną, wspierając ją swoją muzyką.

-26 lutego 1981 miał wystąpić w klubie Milford w Chicago, a dochód z tego koncertu postanowiono przeznaczyć na lekarstwa dla dzieci w Polsce - wspomina siostra Krzysztofa - chociaż silny katar odbierał mu czasami oddech, postanowił, że zaśpiewa.

-Miałem zaszczyt prowadzić ten jego, jak się wkrótce okazało, ostatni koncert - opowiada Janusz Letko - Przyjechał do klubu bardzo późno, około pierwszej w nocy, gdyż dopiero wtedy mógł przekazać taksówkę swemu zmiennikowi. Gdy witano go oklaskami na scenie, szepnął mi do ucha: "Januszku, zaśpiewam trzy piosenki i wracam do domu, bo jestem bardzo zmęczony". Ale zaśpiewał siedem, bo tyle ich chciała wysłuchać zgromadzona tam publiczność, bardzo wtedy liczna. Doprawdy, dawno nie widziałem w Milfordzie tylu ludzi. A Biały krzyż bisował trzy razy. Nikt z nas nie sądził, że nie zaśpiewa już nigdy więcej. Tak śpieszył się do domu, że zostawił w garderobie swój biały, presleyowski strój estradowy. Wisiał tam bardzo długo.

W drodze do domu, doszło do zderzenia. Na jednym ze skrzyżowań pijany Portorykańczyk nie uszanował pierwszeństwa przejazdu samochodu państwa Klenczonów...

Szczytno - cmentarz niedaleko domu, w którym się wychował.

Urna z prochami Krzysztofa Klenczona spoczęła w rodzinnym grobie.

Fragmenty wywiadu
Lecha Nowickiego
z Januszem Kondratowiczem
I program PR 1988r
- Muzyka Nocą

J. Kondratowicz: Seweryn Krajewski współpracował z Krzysztofem Dzikowskim. Ponieważ Krzysztof nie miał stałego autora przyszło Krzysztofowi Dzikowskiemu i Klenczonowi do głowy, że może ja bym tę lukę wypełnił i tak się zaczęło.

L. Nowicki: Krzysztof niezbyt to podobno łatwy, układny człowiek we współżyciu. Czy i ty odniosłeś takie wrażenie po tym pierwszym spotkaniu?

Tak. Zawsze był to chłopak, który miał swoje własne zdanie, który zmagał się z życiem, który jeżeli w coś wierzył, bardzo wierzył, to chciał to osiągnąć. Wydaje mi się, że nasza współpraca a potem nasza przyjaźń układały się dość tak łagodnie może dlatego, że w wielu cechach jego ja odnajdywałem własne cechy i tak na dobrą sprawę nie było o co się kłócić.

Kiedy ta wasza znajomość przerodziła się w przyjaźń?

To trudno powiedzieć, ale dość szybko. Ja dzisiaj spoglądając za siebie, wspominając te nasze wspólnie spędzone chwile tu w Polsce i za granicą, (bo byłem też u niego z wizytą w Chicago, kiedy już mieszkał w Stanach Zjednoczonych), przypominając sobie te chwile myślę, że to było tak niedawno, prawie wczoraj. Bardzo zresztą chętnie słucham piosenek Krzysztofa, nie tylko tych do których ja napisałem teksty ale tych, które on skomponował. Poza tym mam parę kaset z jego muzyką nigdy nienagraną; muzyką, która mi została jakby darowana. Piosenką rozpoczynającą naszą współpracę jest "Gdy kiedyś zawołam Cię".

Jako kogo Pan zachował go w pamięci?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Ja zachowałem go w pamięci przede wszystkim jako kompozytora . Dlaczego? Bo kiedyś wyjeżdżaliśmy razem na wakacje, czy też, żeby popracować wspólnie to potrafił do rana pracować mając do dyspozycji wielośladowy, co było w latach 60-tych sprawą bardzo rzadką, wielośladowy magnetofon. Nagrywał kilkakrotnie partie wokalne, partie gitary, rzeźbił. Rzeźbił utwory, tak to byśmy teraz mogli określić, a czy czuł się wokalistą, czy w ogóle czuł się idolem? Wydaje mi się, że są to pytania retoryczne, chyba dzisiaj nie najważniejsze. Miał osobowość, to mogę powiedzieć z całą pewnością, z całym przekonaniem. Jeżeli coś chciał zrobić, to zawsze do tego dążył.

A czy miał swoich ulubionych wykonawców?

Tak miał swoich ulubionych wykonawców. Bardzo lubił np. Rolling Stonesów. Jeżeli chodzi o polski rynek muzyczny to właściwie przyjaźnił się z bardzo wieloma muzykami, kompozytorami z lat 60-tych; z tymi z którymi razem startował w festiwalach Młodych Talentów w Szczecinie, z którymi razem grał w zespołach kolorowych. I wydaje mi się, że ci koledzy grający z nim razem byli dla niego jednocześnie jakimiś partnerami, może nie wzorem, ale partnerami do rozmów o muzyce.

A czy miał swój udział w sukcesach Czerwonych Gitar? Czy był przekonany, że ma udział w tych sukcesach?

Miał swój udział i to bardzo duży, bo dzisiaj patrząc tak na historię, jak i karierę Czerwonych Gitar wiemy, że było dwóch bardzo wybitnych kompozytorów: Krzysztof Klenczon i Seweryn Krajewski. Jeden po sobie pozostawił duży dorobek i drugi: no Krajewski ciągle jeszcze jest w sposób bardzo widoczny na naszym rynku muzycznym. Klenczona już prawie nie prezentuje się w audycjach radiowych, ta jest ewenementem. Ale chcę powiedzieć, że starał się wnieść swój twórczy wkład do tego, co zapisały Czerwone Gitary w historii polskiej muzyki młodzieżowej.

Dlaczego, powiedz Janusz, Krzysztof Klenczon odszedł od Czerwonych Gitar?

Znam przyczynę. Widzisz, trudno pogodzić ogień z wodą. Sądzę, że ten ogień z wodą dało się pogodzić przez jakiś czas, ale przyszedł moment, że z zespołu musiał odejść jeden z dwóch liderów. I odbyło się głosowanie. Dwaj członkowie, bezstronni jakby uczestnicy tego spotkania: Skrzypczyk i Dornowski zadecydowali, że powinien zostać w zespole Seweryn Krajewski.

To też się działo w Hotelu Bristol w Warszawie - to ciekawostka; nie wszyscy ją znają (...)

Krzysztof był tego dnia dość zdenerwowany. Sądził, że ta sytuacja może przybierze trochę inny układ, że on zostanie w zespole. Ale po paru tygodniach osamotnienia i walki z samym sobą chyba ten zły nastrój przeszedł. Zaczął budować nowy zespół

No właśnie, czym był dla niego ten nowy zespół, myślę oczywiście o zespole 'Trzy Korony'? Czy próbą udowodnienia, że sam też potrafi?

Chyba tak, bo w zbudowanie tego związku włożył ogromnie dużo wysiłku, ogromnie dużo pieniędzy i poświęcił temu ogromnie dużo czasu. Przecież zespół 'Trzy Korony' na początku swego istnienia, no był zespołem takim nieopierzonym, dopiero po wielu trasach koncertowych zaczął brzmieć tak jak brzmieć powinien. Płyta, która została nagrana też jest tego dowodem, że dość późno ten zespół znalazł swój własny styl.

Jeśli chodzi o wielkie przeboje zespołu 'Czerwone Gitary' skomponowane przez Klenczona dla Czerwonych Gitar, to o paradoksie, niektóre z nich zostały nagrane nie przez ten kolorowy zespół, a przez 'Trzy Korony'. Tak było z piosenką "10 w skali Beauforta".

No piosenka ta powstała jeszcze wtedy, kiedy Klenczon był członkiem grupy Czerwone Gitary.

No tak, ale została nagrana przez Trzy Korony.

Tak, ale pierwsze wykonania były jednak właśnie z Czerwonymi Gitarami.

To też ciekawostka. Ale zacząłem o tej piosence, a chciałem żebyśmy porozmawiali o innej. Otóż bez wątpienia jednym z największych przebojów, przebój nagradzany także na festiwalu w Opolu - piosence 'Biały krzyż'.

Ja mam do tej piosenki szczególny sentyment. Po pierwsze bardzo długo ją pisałem. Napisałem ten tekst w Zakopanem. Spędziliśmy tam z zespołem, ja i Krzysztof Dzikowski taki miesiąc poświęcony bardzo ciężkiej, mozolnej pracy. Po prostu przygotowywaliśmy materiał na płytę długogrającą i jakby nowy pogram zespołu. Krzysztof zaproponował mi muzykę taką, która kojarzyła mi się z balladą partyzancką. I powiedziałem o tym, że mam taki pomysł i on ten pomysł zaakceptował. Powstała piosenka, w której tekście nie zmieniałem ani jednego słowa. Wszystko było od razu trafione. Natomiast wyznaczony był tytuł 'Gdy zapłonął nagle świat'. Tak się zaczynał ten tekst i taki tytuł dałem tej piosence. Krzysztof natomiast zmienił ten tytuł i napisał 'Biały krzyż'. Więc ja zastanawiałem się przez te kilka dni co zrobić z tym i postanowiłem zaproponować mu zmianę cody. Pomyślałem, że jeżeli jest biały krzyż, jeżeli jest to właśnie taka partyzancka ballada poświęcona tym nieznanym poległym leżącym pod białymi krzyżami rozsianymi po polskiej ziemi - to niechże kończy ten utwór motyw z jakiejś bardzo znanej partyzanckiej piosenki. No i wpadliśmy na pomysł, żeby był to motyw z pieśni 'Rozszumiały się wierzby'. Piosenka ta oficjalnie została wykonana w Opolu. Był to chyba 69 rok, festiwal opolski i przyznam się, że przeżyłem to wykonanie szczególnie; zresztą chyba nie tylko ja. Ci z widzów, słuchaczy którzy byli tam obecni pamiętają ten moment po zakończeniu utworu. Krzysztof złożył na prosterium wiązankę biało-czerwonych goździków... i nikt nie bił brawa. Ludzie zastygli w oczekiwaniu aż to się skończy, ta cała celebracja. Może to było troszkę teatralne, ale wiem, że to było szczere. Nikt mu tego gestu nie podpowiedział. Wpadł na ten pomysł sam. Wszyscy się zdziwiliśmy, że tak właśnie postąpił. Dopiero może po kilkudziesięciu sekundach rozległy się brawa. Brawa, które trwały dziesięć minut, może dłużej.(...)

Nasza przyjaźń to była prawdziwe męska przyjaźń na dobre i na złe. Ja się na nim jako na przyjacielu i człowieku nigdy nie zawiodłem. Wydaje mi się, że nasze spotkania i tu i za oceanem były tego jakimś takim znaczącym dowodem. Wymagał solidnej pracy od swoich kolegów i sam solidnie pracował. Pamiętam w jednym z klubów chicagowskich - na występach grupy Klenczona już tam w Stanach- nie widziałem go równie zmęczonego; on grał do tańca ze swoim zespołem, takim polonijno-amerykańskim 8 godzin - 8 godzin z małymi przerwami... i to grał utwory bardzo ostre, dynamiczne, bo on sam był dynamiczny i ostry w reakcjach. Ale może właśnie dlatego był tak wyrazisty jako artysta i jako człowiek.(...)

Ja twierdzę, że całe życie składa się wyłącznie z dramatycznych i właśnie zabawnych, takich rozbawiających nas zdarzeń. Pamiętam był rok chyba 70-ty, ostra zima na południu Polski. Spędziliśmy we trójkę: Krzysztof z żoną i ja dwa tygodnie na takim pracowitym urlopie w Domu Pracy Twórczej Stowarzyszenia Autorów ZAIKS. I wracaliśmy do Warszawy nocą; akurat tak jakoś wypadło nam jechać w nocy. Okazało się, że zmęczony pracą Krzysztof zasnął. Nie miałem zmiennika i wiozłem jego i jego żonę - dwoje śpiących ludzi. Przekopywałem się samochodem, jak to dzisiaj, zimą robi pewnie wiele osób. Były takie momenty, że wychodziłem ze szpadelkiem, odgarniałem zaspy, a samochód ześlizgiwał się z góry. - Było to ponad 400km. Dojechałem następnego dnia w południe i oni nawet nie wiedzieli, że sytuacja była taka dramatyczna, że w chwili można było ześlizgnąć się np. do zalewu czy do rzeki nad którą się przejeżdżało. To było moja jazda, podczas której się najbardziej bałem. Ja nie boję się tak, nie ulegam uczuciom strachu tak łatwo... Wtedy bałem się naprawdę.
Natomiast zabawne zdarzenie: kiedy Krzysztof przyjechał ze Stanów nagrywać swoją kolejną płytę do Polski. Pamiętam, że był lipiec. Po ustaleniu wszystkich szczegółów w Polskich Nagraniach ja spokojnie wyjechałem sobie na urlop, a Krzysztof został z muzykami w tym sławnym już Bristolu. I przypadkowo po tygodniu przez jeden dzień bawiłem w Warszawie. Okazało się, że urzędnicy z firmy fonograficznej nie chcieli go wpuścić do studia ponieważ miał paszport konsularny. Oczywiście wytłumaczyliśmy w ciągu paru godzin wszystkie te zawisłości niby dyplomatyczne i prawne i wszystko odbyło się z korzyścią dla wszystkich z tym, że zamiast ośmiu lub dziewięciu dni nagranie trwało jedną noc i dopiero później zespół musiał dogrywać do nagranej partii lokalnej partie instrumentalne. Jest to niby śmieszne, ale wtedy właśnie było to dramatyczne.

No właśnie, czy tacy ludzie mogą przejść do historii?

Tacy ludzie przechodzą, mój drogi, do historii, mimo że sami nie bardzo w to wierzą.

strona główna  • kompozytor i muzyk  • zaśpiewajmy razem  • nie zapominamy  • ulica Klenczona  • okiem fotografa